Kiedy w ogóle mówimy o współuzależnieniu? Definicjami zajmują się chętnie Ci, którzy chcą pomóc ludziom współuzależnionym w ramach swojej pracy, zajęcia. To dobrzy ludzie z dobrą misją. Cieszę się, że tacy są i będą. Takimi definicjami zajmują się również ci, którzy mają ochotę na bycie współuzależnionymi. Pewnie są jeszcze jakieś grupy ludzi, które chcą określać czym jest współuzależnienie. Mi do życia wystarczą te dwie. A tą drugą cechuje postawa życiowa, krótko zwana, wredną. Współuzależnienie nie jest chorobą, ale z tego trzeba się leczyć.

W moim rozumieniu współuzależnienie ma miejsce gdy osoba jest tego nieświadoma lub ma w tym jakiś, znany sobie, interes. Pozostałe przypadki to leczenie, czy nauka nowego zachowania wobec źródła swojego współuzależnienia lub proces ten został już zakończony. Niektóre osoby, które współuzależnienie mają już za sobą chcę pomagać tym, które mają zamiar się z tego uwolnić. To dobrzy ludzie z dobrą misją. Cieszę się, że tacy są i będą.

O osobach nieuświadomionych nie trzeba wiele pisać. To są takie osoby, do których trzeba dotrzeć, co nie musi być ani proste, ani łatwe. Dotarcie nie stanowi też gwaranta, że postanowią coś w swoim życiu zmienić. Może się okazać, że bycie współuzależnioną, dla takiej osoby, może być wygodniejsze, niż nią nie być. I o tym chcę właśnie tu napisać.

Dlaczego ktoś miałby mieć zamiar bycia osobą współuzależnioną. Przecież to rodzaj zniewolenia, nie możności stanowienia o sobie, własnym życiu i życiu najbliższych co najmniej.

Warto tu przemyśleć kim są ludzie, którzy stanowią o sobie, dokonują wyborów i realizują je, osiągając cele, nawet te nieoczekiwane i niechciane, biorąc odpowiedzialność za swoje życie. To właśnie takimi ludźmi, choć rozumiem, że nie jest to pełny obraz, współuzależnieni nie mają zamiaru być. I będą bronić tego stanu niezależnie od ofiar. Np. osoby zależne od alkoholika nie liczą się z tym, że alkoholizm jest chorobą zbierającą śmiertelne żniwo. Ponad życie tzw. “swojego alkoholika” stawiają osiągnięcie stanu współuzależnienia – czyli niemożności samorealizacji.

Alkoholik może okazać się jedynie zasłoną dymną do własnego nieudacznictwa życiowego, ponieważ każdy uwierzy, że coś tam w życiu się nie powiodło, bo ten to przepił. Przepił raz, drugi, pięćdziesiąty siódmy, czterysta dwudziesty pierwszy… w nieskończoność. Tymczasem życie osoby współuzależnionej leży w gruzach i zdaje się, może się jeszcze bardziej pogrążać, ponieważ alkoholik przepił kolejne plany już tysiąc sto dwudzieste pierwsze. Taka osoba współuzależniona nie rozumie, bo nie chce zrozumieć, przeszkadzało by jej to w życiu, że jest jak osoba, która dotykając wystającego przewodu ze ściany została kopnięta prądem. Raz, drugi… tysiąc sto dwudziesty pierwszy. Nie zrozumie, że nie ma dotykać kabla, że ma go unikać, że sama wybiera to, żeby prąd ją trzepnął. Będzie twierdzić i wierzyć, bo musi tak właśnie wierzyć, że wina leży stoi po stronie kabla, albo tego, kto ten kabel tak zostawił. Sama jest nie tylko niewinna, ale i przecież cierpiąca. To cierpienie jest właśnie jej nagrodą, za dotykanie kabla. Nieźle pokręcone, to prawda, ale osoba współuzależniona, taka której jest to potrzebne, jest przekonana, że żyje normalnie i dokonuje jak najlepszych wyborów, tylko czasem musi zmienić plany, bo alkoholik zapił. Nie tylko żyje normalnie, ale chroni otoczenie, przede wszystkim najbliższych, ale samo źródło współuzależnienia też. Robi dosłownie wszystko co może, żeby źródło ozdrowiało i wszystko zaczęło się już dziać pięknie. Taka osoba współuzależniona żyje w bajce o Kopciuszku, jeszcze tylko chwila i przyjdzie wróżka, np. terapia dla alkoholika, ubierze ją pięknie i ona spotka swojego księcia, który ją odnajdzie mimo trudności i od tej chwili już tylko szczęście, szczęście i szczęście.

Niestety, współuzależnienie to bajka o złej Królowej, która truje Księżniczkę, ponieważ ta ujawnia, że nie jest taka najpiękniejsza. Tak właśnie osoba współuzależniona traktuje przykładowego “swojego alkoholika”. Zrobi wszystko i jeszcze trochę, by ten nie oprzytomniał, wracał do picia i zabijał się, bo może się okazać, że wina wcale nie leży po stronie pijaka, a jego pozornej ofiary, ponieważ ta musi ukryć swoją nieudaczność życiową. Osoba współuzależniona będzie twierdzić, że wszyscy się od niej odsuwają, bo ten pije, a nie, że ona nie chce się uwolnić i żyć normalnie. Zwyczajnie mają dość afirmujących powtórek jak to ten znowu…

Sam alkoholik może mieć dość takiej osoby przy swoim boku. Jakieś dziesięć, piętnaście lat, wszystko było ok. Trochę gderała, ale kasa leczyła nawet największe problemy egzystencjalne. Od roku zrobiło się coś nieoczekiwanego. Pije w zasadzie mniej, bo jakoś forsa się urwała i towarzystwo zbiedniało. Właściwie przyszedł czas kiedy potrzebuje pomocy, a dostaje po łbie, nawet zostaje wyrzucony z domu, oddzielony od dzieci i cholera wie co jeszcze. Nie wymyśliłby takiego scenariusza, nie spodziewałby się takiego obrotu sprawy, przecież to miała być żona.

Ta przykładowa żona własnie odbiera swoją nagrodę. Jest cierpiąca i oszukana. Nie rozumie, bo już nie umie, o czym wszyscy wokół  mówią.  Przecież współuzależniona to oszukana i wrobiona w kłopoty osoba, która nie spodziewała się, że po dziesięciu, czy piętnastu latach, będzie tak wystawiona do wiatru. Przecież to on pije, to on ma problem, to on jest chory. Pewnie, że to on jest chory. Ona tylko to wykorzystuje. To jej sposób na życie.

Nie jestem fachowcem od współuzależnienia, jestem tylko obserwatorem. Dlatego, rozumiem, że tekst nie jest zbyt składny. W zasadzie staram trzymać się z dala od współuzależnionych. Bogu dziękuję, że to nie mój problem. Ale to nie znaczy, że współczuję osobom, które, bardziej lub mniej świadomie, wybierają taki sposób na życie.